(Nie)wypłacanie

Kremlowska propaganda chwali się, że przez cały 2023 i pierwszy kwartał tego roku do wojska zgłosiło się ponad 600 tys. ochotników. Tymczasem za ten okres wypłacono nieco ponad 400 tys. jednorazowych wynagrodzeń, przyznawanych świeżo upieczonym kontraktorom. Czyżby ochotników było mniej, niż sugeruje ministerstwo obrony?

Taka odpowiedź wydaje się oczywista, wziąwszy pod uwagę rosyjskie realia. Pompowanie statystyk – tak, by dobrze ilustrowały kolejny „sukces” – to codzienność reżimu. Na miano nadzwyczajnego zasługuje fakt, że ujawniające sprzeczność dane można było do niedawna wygrzebać ze sprawozdań dotyczący realizacji budżetu federacji. Sabotaż, wpadka czy celowe działanie, u podłoża którego leży przekonanie, że i tak nikt nie będzie kopał i się czepiał? Nie wiem i nie ma to znaczenia; skupmy się na wskazanej różnicy.

Owe 200 tys. nie musi być wymysłem propagandystów. Mogą to być mężczyźni, którzy kontrakty podpisali, do koszar dotarli, ale obiecane premie do nich już nie. Wystarczy powierzchowna lektura rosyjskich forów poświęconych „specjalnej operacji wojskowej”, by zorientować się, że ochotnicy są przez urzędników MON regularnie oszukiwani. Jednorazowe dodatki nie są im wypłacane, bądź trafiają na konta z istotną zwłoką czy tylko częściowo (dotyczy to również pensji i odszkodowań, ale to temat na oddzielny wpis).

Nie mam na myśli kradzieży, rozumianej jako przejęcie pieniędzy ze świadczenia przez nieuczciwych urzędników (a i takie sytuacje mają miejsce), ale praktykę administracyjną, nastawioną na redukowanie kosztów ponoszonych przez MON.

Na co narzekają głównie żony i matki wojskowych, oni sami bowiem często już nie żyją. Najłatwiej wyrolować rodzinę, gdy wcześniej doszło do śmierci żołnierza, zwłaszcza w pierwszym miesiącu służby – co nie jest niczym nadzwyczajny, bo tylko jedna trzecia rosyjskich rekrutów trafia na dłuższe przeszkolenie, reszta przewidziana jest do roli armatniego mięsa. Chłop nie tylko nie dożywa pierwszej wypłaty, ale też traci prawo do premii za angaż, bo „armia nie miała z niego większego pożytku” – przekonują oszuści. Niektórzy są na tyle bezczelni, by podważać sam akt podpisania kontraktu. „Tego towarzysza u nas nie było i żadnej umowy nie zawierał”. A że „dobrowolec” przepadł? No przepadł, niech się rodzina martwi.

Na jednorazowe wypłaty za zawarcie kontraktu z ministerstwem obrony składają się władze federalne, regionalne i lokalne. Po ostatnich podwyżkach może to być nawet 2,3 mln rubli – nieco ponad 100 tys. zł – ale przeciętnie jest to kwota miliona rubli (46 tys. zł). Gdy zaczynała się „spec-operacja” za podpisanie kontraktu z wojskiem płacono 200 tys. rubli.

—–

Wybaczcie, że dziś tak skrótowo, ale usiadłem do pisania kolejnej książki.

By rzecz nie umknęła Waszej uwadze, zamieszczam skrina z FIRMS-a, globalnego systemu nadzoru satelitarnego rejestrującego pożary na Ziemi. Odczyt z 17.00 ujawnia rozległe ogniska w rosyjskim mieście Sudża i jego okolicy. Co się tam dzieje? Ano rano do obwodu kurskiego weszły regularne odziały armii ukraińskiej (żaden tam rosyjski korpus ochotniczy i inna zbieranina), wsparte artylerią, czołgami i… (!) lotnictwem. Ukraińcy wyizolowali obszar informacyjnie, niewiele wiadomo o tym, co się dzieje, jaka jest skala działań i zamiary atakujących. W rusnecie w każdym razie panika, jakby Ukraińcy rzeczywiście wyprawiali się na Kursk – o czym donoszę z satysfakcją i obiecuję pilotować sytuację.

—–

A dziś dziękuję za lekturę! Pamiętajcie proszę wesprzeć mój raport – subskrypcją lub „kawą”. Bez Was – jako się rzekło – nie znajdę dość czasu na regularne pisanie. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Wabiki

Sporo istotnych wydarzeń miało miejsce na przestrzeni ostatnich kilkunastu dni. Chciałbym się dziś do nich odnieść, zaczynając od wymiany więźniów, do jakiej doszło między Zachodem (głównie USA) a rosją.

O szczegółach pisał nie będę, bo są już powszechnie znane, należy jednak zwrócić uwagę na istotną w kontekście ukraińskim kwestię. Wymiana dowiodła, że niezależnie od złych i wciąż pogarszających się stosunków między Waszyngtonem i resztą a Moskwą, nadal istnieją efektywne kanały komunikacji. Co więcej, tę efektywność da się mierzyć nie symbolicznymi gestami, ale konkretnymi działaniami. Nie zamierzam wchodzić w dyskusję, kto bardziej wygrał na wymianie: czy rosja, odzyskując „nielegałów”, czy Zachód, ratując zwykle bogu ducha winnych cywilów, oskarżonych przez putinowski reżim o szpiegostwo. Dla obu stron uwolnienie „swoich” było ważnym zadaniem – które właśnie udało się zrealizować.

Ale co z tym ukraińskim kontekstem? Ano to mianowicie, że wymiana jest również sygnałem dla Kijowa. „Rozmawiamy z rosjanami i potrafimy nakłonić ich do kompromisów”, brzmi sedno tego przekazu. Tak, to rodzaj subtelnego szantażu, zachęty, by i Ukraina przysiadła się do stolika. Nie wyciągałbym z tego skrajnych wniosków w stylu: „grożą, że dogadają się za plecami Ukraińców”. Niezależnie od rozmaitych zaniechań Zachodu, nie uważam scenariusza jego zdrady za mocno prawdopodobny. Raczej chodzi tu o udostępnienie „udeptanego placu” do retorycznego pojedynku, jakim będą ukraińsko-rosyjskie negocjacje. Zdaje się, że w Kijowie to rozumieją, stąd deklaracje prezydenta Zełenskiego o konieczności zorganizowania kolejnego szczytu pokojowego, tym razem już z udziałem rosji.

—–

Zostawmy politykę. Ze zdarzeń wartych odnotowania mamy też masakrę wagnerowców (czy raczej ex-wagnerowców, bo teraz to stado zwyrodnialców nazywa siebie „Korpusem Afrykańskim”). Doszło do niej w Mali, na pograniczu z Algierią. Jaki ma to związek z Ukrainą? Najpierw odrobina wyjaśnień – otóż w Mali (oraz w Burkina Faso i Nigrze) rządzą obecnie hunty wojskowe, korzystające ze wsparcia rosyjskich najemników. Moskwa postanowiła w Afryce namieszać, a że nie trzeba do tego wielkich nakładów i sił, Kreml posłużył się pogrobowcami prigożyna. Nieco ponad setka z nich stacjonowała w Mali, zajmując się tym, w czym są najlepsi – pacyfikacją cywilnych osad podejrzanych o brak akceptacji dla władzy puczystów. Mordów dokonywano na obszarze zamieszkałym przez Tuaregów – i to bojownicy z tej grupy etnicznej zasadzili się na rosjan i towarzyszące im malijskie oddziały rządowe.

W bitwie zginęło kilkudziesięciu ruskich – mówi się o 50-80 najemnikach – czyli co najmniej połowa kontyngentu. Kilkunastu oprawców dostało się do niewoli. Wśród ujawnionych zdjęć dokumentujących miejsce starcia – zwykle przedstawiających stosy rosyjskich trupów – znalazło się też takie, na którym tuarescy bojownicy, w towarzystwie europejsko wyglądających mężczyzn, trzymają ukraińską flagę. Wywiad wojskowy Ukrainy (HUR) już dawno potwierdził, że jego ludzie działają także w Afryce. „Będziemy ścigać wagnerowskich przestępców po całym świecie”, zapowiedział dowódca formacji, gen. Budanow. I ta groźba jest realizowana (co skądinąd zasługuje na oddzielny tekst). Ukraińcy wprost przyznają, że pomogli Tuaregom zastawić sidła na rosjan. Efekt? Mali właśnie zerwało stosunki dyplomatyczne z Ukrainą. Czy Burkina Faso i Niger również podejmą tak dotkliwe kroki (po których Ukraina „już się nie podniesie”)? Żarty żartami, ale z Kijowa płyną sygnały, że afrykańska epopeja HUR dopiero się rozkręca. A wizerunek rosji na Czarnym Lądzie – jako kraju zapewniającego skuteczne wsparcie najemnicze – został poważnie nadwyrężony.

—–

Nadwyrężono – znów! – dopiero co połataną obronę przeciwlotniczą Krymu. Ukraińskie rakiety spadły na Sewastopol i okolice, niszcząc kilka wyrzutni S-400. To już standard, można by rzec, ale uderzenie zasługuje na uwagę z innego powodu. Oto bowiem Ukraińcy „dobili” uszkodzony okręt podwodny „Rostów nad Donem”.

Przypomnijmy, we wrześniu 2023 roku jednostka – odstawiona do suchego doku na czas remontu – trafiona została dwoma pociskami Storm Shadow/SCALP. Zniszczenia wydawały się na tyle poważne, że w zgodnej ocenie specjalistów „Rostów…” można było uznać za wyeliminowany ze służby. Ale rosjanie się uparli – prowizorycznie załatali kadłub (Sewastopol nie daje możliwości przeprowadzenia bardziej zaawansowanej naprawy) i odstawili okręt do wypełnionego wodą basenu. Tam miał czekać na możliwość przeholowania do właściwej stoczni (czyli de facto opuszczenia Morza Czarnego). No i się nie doczekał, ponownie trafiony, najpewniej przy użyciu ATACMS-a, który posłał jednostkę na dno.

Czy to już koniec „Rostowa…” (wartego 300 mln dol.)? Zeszłoroczna decyzja o połataniu okrętu miała propagandowy wymiar – rosjanie chcieli udowodnić, że Ukraińcy nie mogą zniszczyć im tak cennej jednostki; niezależnie od ekonomicznej nieopłacalności tego przedsięwzięcia. Niewykluczone, że do głosu doszły też inne argumenty – w rosji długotrwałe (naprawdę wieloletnie…) remonty jednostek pływających to nic nadzwyczajnego. Pod pozorem operacyjnej i propagandowej konieczności reanimuje się tam trupy – czego najlepszym przykładem nieszczęsny paralotniskowiec „Admirał Kuzniecow” – „topiąc” przy tej okazji potężne pieniądze. Część tych środków trafia oczywiście do kieszeni wszelkiej maści beneficjentów, tuczących się na korupcji trawiącej siły zbrojne i sektor obronny. Niewykluczone, że (także) naciski takiego lobby zadecydowały o dalszym losie „Rostowa…”.

Niezależnie od tego, historia okrętu niesie lekcję dotyczącą uznawania strat – nie wszystko, co trafione, definitywnie przepada. W przypadku floty czarnomorskiej nie mówimy o pojedynczym przypadku. Dość wspomnieć, że jeden z koszmarnie zdemolowanych w Berdiańsku w 2022 roku desantowców został przez rosjan wyremontowany i przywrócony do służby. „Pewniaki” to tak jak „Moskwa” – spoczywające głęboko na morskim dnie wraki.

—–

Wrakami zostaną wszystkie ukraińskie F-16 – zapowiada rosyjska propaganda. Tak dochodzimy do najważniejszej wiadomości minionych dni. Wiecie już zapewne, że pierwsze samoloty dotarły do Ukrainy i że rozpoczęły dyżury bojowe. Nie będę się o tym rozpisywał, bo wczoraj był to temat dnia i zapewne naczytaliście się rozmaitych doniesień. Od siebie chciałbym jednak dodać kilka obserwacji i ustaleń.

Zacznę od rosyjskiej propagandy, która w sprawie „efów” właśnie dokonała efektownej wolty. Dostarczenie maszyn nie jest już „przekroczeniem czerwonej linii” (po którym odwet rosji będzie srogi i ucierpi cały Zachód…), a staje się mało istotnym wydarzeniem, godnym co najwyżej komentarza, że „i tak sobie poradzimy”. Znamy ten schemat działania Moskwy – początkowego napinania mięśni, by na koniec z podkulonym ogonem pogodzić się z rzeczywistością (tak, podkulonym; nadal harde deklaracje niczego nie zmieniają, liczy się to, że „efy” są, a odwetu nie ma, Himarsy przyszły, zemsta nie, SCALP-y na łeb spadają, retorsji brak, itp., itd.). Mamy więc kolejny przyczynek do rozważań o rosyjskim łobuzie, którego nie należy się przesadnie obawiać, i z którym najlepiej rozmawiać z pozycji siły.

Pozostając w temacie rosyjskiej słabości. Część komentatorów doniosła z poirytowaniem, że „ujawnienie” efów stało się okazją do celebry. Oficjalnej uroczystości, z udziałem głowy państwa, wyższych dowódców, że w tym celu zwieziono w jedno miejsce nie tylko VIP-ów, ale i cenny personel lotniczy (a w Ukrainie każdy pilot i mechanik jest dziś na wagę złota), no i oczywiście samoloty. Przecież jakby rosjanie się o tym dowiedzieli… Wystarczyłyby ze dwa Iskandery, może trzy, i zadano by Ukraińcom najdotkliwszy cios w tej wojnie.

No, zadano by – muszę przyznać. Ale – okazuje się – moskale są „za krótcy”, by taką operację przeprowadzić. Ukraińskie władze i dowództwo są na tyle nieprzeniknione dla rosyjskich spec-służb, że zdołano zorganizować taką ceremonię (nie wiem gdzie, sądzę, że na południu, w okolicach Odesy). Ba, do udziału zaproszono kilkoro dziennikarzy, a to zawsze jest istotny czynnik ryzyka, gdy chce się zachować poufność wydarzenia. Tyle w temacie profesjonalizmu, a de facto impotencji rosyjskich służb. Co zaś się tyczy ceremonii – myślę, że u nas wyglądałoby to podobnie. Nie podoba mi się ten wschodniacki rys kulturowy, ale z drugiej strony dobrze wiem, jak ważny jest propagandowy wymiar wojny. A wejście do akcji F-16 to nie byle co dla podtrzymania morale społeczeństwa.

Czy propagandowa waga tego wydarzenia nie dominuje nad ściśle wojskową (rozumianą jako korzyści operacyjne)? Napiszę o tym w kolejnym tekście, na potrzeby tego chciałbym jeszcze odnieść się do ceremonii. Uświetniły ją m.in. maszyny, przez niektórych komentatorów rozpoznane jako atrapy. Kilkadziesiąt takich „atrap” – a po prawdzie, wytrzebionych „prawdziwych” płatowców, ściągniętych ze składowiska w Stanach – trafiło do Ukrainy na przełomie maja i czerwca br. (przez Polskę i Rumunię). Nie ustaliłem, jak duże jest to „kilkadziesiąt” – mam nadzieję, że spore i zaraz wyjaśnię dlaczego. Transportowi jednej z takich „maszyn” udało mi się przez chwilę towarzyszyć; nie pisałem o tym, a i teraz ledwie wspominam z oczywistych powodów. Tak czy inaczej, to wtedy uzmysłowiono mi pewien „cyrkowy” zamysł. Jaki?

Skorupy rozwieziono po Ukrainie, by pełniły role wabików. To oczywiste, że rosjanie będą na efy polować z wielką zaciekłością. Polują na posowieckie samoloty i gdyby zsumować wyniki ich działań udokumentowanych na filmach, wyszłoby, że zniszczyli ukraińskie lotnictwo po wielokroć. Materiały filmowe nie zawsze są zmanipulowane, niekiedy przedstawiają uderzenia w realistyczne makiety bądź właśnie w wytrzebione skorupy – o czym rosjanie nie wiedzą lub udają, że nie wiedzą („sukces jest sukces, zwłaszcza dobrze udokumentowany”). No więc wabiki z efów posłużą do skanalizowania części tej wściekłej zajadłości ruskich. Im samym zaś – co warto mieć „z tyłu głowy” – pozwolą ogłaszać kolejne sukcesy, odnoszone w zwalczaniu zachodniej „super-techniki”.

A skoro o t a k i ch sukcesach mowa – za kilka dni dziewięćsetny dzień trzydniowej operacji specjalnej putina.

—–

Dziękuję za lekturę! Pamiętajcie proszę wesprzeć mój raport – subskrypcją lub „kawą”. Bez Was – ot, proza życia… – nie będę miał za co pisać. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi i Joannie Marciniak. A także: Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Rucińskiemu, Annie Sierańskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Grzegorzowi Dąbrowskiemu i Arturowi Żakowi.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Maciejowi Mieczkowskiemu, Rafałowi Rachwałowi, Tomaszowi Jakubowskiemu i Michałowi Wacławowi.

Nz. Ukraińskie F-16/fot. Kancelaria Prezydenta Ukrainy

Tarapaty

Dziś obiecany zapis rozmowy, jaką kilka dni temu przeprowadził ze mną red. Marcin Jan Orłowski z portalu Interia.pl. Jej konkluzja skłoniła mnie do napisania teksu, który opublikowałem wczoraj. Tych, którzy go nie czytali, zapraszam do lektury – ale lepiej po uprzednim odsłuchaniu wywiadu.

Gdzie mówię m.in. o tym że:

– w kolejnych tygodniach należy spodziewać się coraz większych problemów rosyjskiej armii, przy jednoczesnym wzroście możliwości Sił Zbrojnych Ukrainy…

…a więc staram się odtruć dominujący w Polsce, pesymistyczny przekaz, skażony rosyjską dezinformacją.

Ale nie uciekam od realizmu:

– obecnie i Ukraina, i rosja byłyby beneficjentami zawieszenia broni i „komfortu” niepodejmowania operacji wojskowych. Ale obie strony są też więźniami własnych retoryk. I tak putinowi trudno byłoby uzasadnić rozmowy pokojowe, gdy jego armia zdobyła tak niewiele, biorąc pod uwagę wyjściowe oczekiwania. Z kolei prezydentowi Zełenskiemu niełatwo byłoby wytłumaczyć Ukraińcom konieczność pogodzenia się ze stratą części terytoriów.

I dalej:

– musimy mieć świadomość, że rozmowy-przymiarki na niższych szczeblach, niezależnie od deklaracji składanych przez obie strony, były prowadzone przez cały czas. Jedyne, co się zmieniło, to fakt, że pojawiają się w przestrzeni medialnej autoryzowane informacje o coraz większej gotowości Kijowa i Moskwy do negocjacji. Ale nie wyciągałbym z tego poważnych wniosków, bo obie strony nadal tak definiują warunki brzegowe, że są one nieakceptowalne i dla Ukraińców, i Rosjan. Tak naprawdę nie mamy jeszcze do czynienia z żadnym przełomem.

Mam nadzieję, że Was zachęciłem do odsłuchania całości.

Ufam, że przełoży się to również na Wasze wsparcie dla mojego ukraińskiego raportu.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

A na zdjęciu „kawałek” Charkowa – „My razem, my Charkowianie!”, głosi napis na budynku/fot. własna

Asymetrie

Świat przeszedł do porządku dziennego nad „inicjatywą pokojową” Victora Orbana. Potwierdziło się, że nikt z zainteresowanych nie potrzebuje Węgier jako pośrednika w rozmowach, które zakończyłyby wojnę w Ukrainie. Nie zmienia to faktu, że węgierskiego premiera wiodła trafna ocena sytuacji, gdy po wizycie w Moskwie i Kijowie wybrał się też do Pekinu. Chiny łączy dziś z rosją specyficzna więź, mocno ograniczająca podmiotowość federacji. Jeśli Chińczycy uznają, że czas wygasić konflikt na Wschodzie, putin niewiele będzie miał do powiedzenia.

Kremlowska propaganda staje na głowie, by relacje z Chinami przedstawić w pozytywnym świetle. Harmonia i partnerstwo – oto rzekome składowe tych stosunków. Tymczasem najsilniejsze spoiwo łączące oba kraje to… nieufność. Historycznie mocno ugruntowana.

—–

Mało kto pamięta, że w marcu 1969 roku Moskwa i Pekin skoczyły sobie do gardeł. Poszło o wyspę Damanskij (dziś Zhenbao), położoną w nurcie granicznej rzeki Ussuri. Zważywszy na terytorialną rozległość obu państw, powód wszczęcia wojny wydawał się absurdalny – tyle że był to pretekst. Oba reżimy już wcześniej rywalizowały o palmę pierwszeństwa w komunistycznym świecie, co długo sprowadzało się do wzajemnych oskarżeń o „rewizjonizm” i „odchylenia”. Jednak w lipcu 1964 roku Mao Zedong zgłosił pretensje terytorialne wobec ZSRR, żądając zwrotu Kraju Nadmorskiego i Władywostoku. A dwa lata później w Chińskiej Republice Ludowej wybuchła rewolucja kulturalna, głosząca prymat maoizmu i uznająca sowiecką odmianę komunizmu za wrogie zjawisko. Gorący konflikt wisiał na włosku.

Kilkunastodniowe potyczki o przerośniętą łachę wygrali sowieci, choć ostatecznie i tak sporny teren trafił do Chińczyków. Wojna z 1969 roku miała także inne odsłony – 13 sierpnia w Żałanoszkol (na terenie Kazachskiej SRR), granicę przekroczyło ponad 300 chińskich żołnierzy. Po godzinnej potyczce Chińczycy wycofali się, ponosząc bardzo ciężkie straty. Tego dnia na Kremlu rozważano atomowy atak na chińskie instalacje jądrowe – na szczęście pomysł upadł. 11 września 1969 roku, po uprzednim spotkaniu premierów, obie strony zadecydowały o wygaszeniu działań zbrojnych.

Oto źródła wspomnianej nieufności, przez dekady skutkującej tym, że sowiecko-chińskie, a potem rosyjsko-chińskie pogranicze było jednym z najbardziej zmilitaryzowanych miejsc na świecie. I pozostaje takim do dziś – mimo iż po komunizmie nie ma już śladu.

—–

Pekin łakomym wzrokiem spogląda na zasoby naturalne zauralskiej rosji. I nie odwołał roszczeń wobec dalekowschodnich terytoriów federacji. Zarazem pragmatyczni Azjaci nie myślą o klasycznym podboju. Dziś – po blamażu w Ukrainie – jasnym jest, że wojsko putina to kolos na glinianych nogach. W konwencjonalnym starciu chińska armia zapewne poradziłaby sobie z takim przeciwnikiem. Ale rosjanie dysponują bronią jądrową – tak naprawdę teraz to ich jedyna polisa, tak w relacjach z „przyjaciółmi”, jak i z wrogami.

Pekin wie, że rosji „strach tykać”, zwłaszcza że sam jest „atomowym średniakiem”. Chińczycy mają dziś ledwie 400 głowic jądrowych, kilkanaście razy mniej niż rosjanie (i Amerykanie). Z danych Departamentu Obrony USA wynika, że do 2027 roku zamierzają mieć 700, a trzy lata później posiadać już tysiąc pocisków. Służby wywiadowcze donoszą o trwających w ChRL pracach, w wyniku których do końca przyszłego roku powstanie 300 nowych silosów rakietowych. Państwo Środka zamierza skończyć z „atomową asymetrią” i najpewniej nic go przed tym nie powstrzyma.

Nie oznacza to, że Chiny szykują się do zbrojnej konfrontacji z rosją – nie ma takiej potrzeby. Chińczycy są przekonani, że muszą przygotować się do innego starcia, ale o tym w dalszej części tekstu. Jeśli idzie o federację, Azjaci wybrali drogę ekonomicznego uzależnienia, w czym sami rosjanie – atakując Ukrainę i skazując się na zachodnie sankcje – wybitnie im pomogli. To temat na oddzielny tekst, na potrzeby tego dość stwierdzić, że rosyjska gospodarka jest dziś na chińskiej kroplówce. Bez eksportu kopalin oraz importu obłożonej sankcjami technologii (szczególnie podwójnego, cywilnego-wojskowego zastosowania), padłby rosyjski budżet, a przemysł zbrojeniowy nie miałby czym produkować (na przykład zabrakłoby mu precyzyjnych obrabiarek). W tym wymiarze chińskie wsparcie jest warunkiem niezbędnym dla dalszego prowadzenia przez rosję wojny z Ukrainą, a więc czynnikiem, który ma moc wygaszenia konfliktu.

—–

Tylko czy Chińczycy chcieliby ów konflikt wygasić? Na pewno pragną jeszcze słabszej rosji, zwasalizowanej w stopniu, który uczyni federację ekonomiczną kolonią Chin. Dalsze wykrwawianie putinowskiej armii i gospodarki jest w tym ujęciu Pekinowi na rękę.

Czy na Kremlu tego nie widzą? Widzą, ale los kraju dla elit rosyjskiej władzy nie jest tożsamy z ich własnym losem. Póki Xi Jinping nie ma ambicji zmiany reżimu i wtrącania się do jego wewnętrznej polityki, póty „młodsza siostra rosja” będzie akceptować dominację „starszego brata” z Chin. Póki na zewnątrz (wobec świata) i do wewnątrz (dla „swoich”) uda się utrzymać mit podmiotowości, sprawczości i imperialności federacji, póty jej nominalny „car” nie będzie protestował. Po prawdzie, nie bardzo ma też możliwość, bo zapędził się w kozi róg. Zostały mu tylko Chiny i gra na chińskich warunkach, bo Zachodu już do siebie nie przekona, a samotnie przegra z Ukrainą i skarze się na gniew ludu rosyjskiego, który słabej władzy nie toleruje (bo się jej nie boi, a to głównie ze strachu płynie w rosji legitymizacja dla rządzących).

Wracając do chińskich intencji – w interesie Pekinu jest zatem rosja uwikłana w wojnę. Nie-silna zwycięstwem, a zarazem nie-słaba porażką, wszak i w Chinach boją się tego, czego obawiają się w Stanach Zjednoczonych – zanarchizowanego kraju z tysiącami głowic jądrowych. To paradoks tej wojny – wspólnota interesów USA i ChRL sprowadzająca się do konieczności zachowania rosji w „jako-takiej” kondycji. W efekcie oba kraje w sposób ograniczony wspierają własnych sojuszników. W przypadku USA wspieranym jest napadnięta i na wielu płaszczyznach słabsza od swojego przeciwnika Ukraina – niestety…

—–

Nie bez powodu przywołałem Amerykę, to na niej bowiem koncentruje się główna uwaga Chińczyków. To do wojny z USA – najsilniejszym militarnie i ekonomicznie krajem świata – szykuje się druga w obu kategoriach, lecz aspirująca na szczyt ChRL. Temu nade wszystko służy rozbudowa arsenału jądrowego – przy 400 głowicach i wysokiej skuteczności amerykańskiej obrony przeciwlotniczej zapewne tylko kilkanaście, może „małe” kilkadziesiąt pocisków dotarłoby do celów. Co nie oznaczałoby nokautującego uderzenia. Im salwa liczniejsza, tym szanse na taki sukces wyższe.

Jednak broń A to ostateczny argument, stąd istotny wysiłek Chińczyków wkładany w rozbudowę sił konwencjonalnych. Przede wszystkim we flotę, bo to Pacyfik najpewniej stałby się/stanie polem chińsko-amerykańskiej bitwy. Marynarka ChRL już dziś jest najliczniejszą formacją tego typu, lecz nadal ustępuje drugiej co do wielkości US Navy jeśli idzie o lotniskowce. Chińczycy mają w służbie dwie jednostki (w tym jedną poradziecką); obie o parametrach znacznie gorszych niż amerykańskie odpowiedniki. Na oczach całego świata – dosłownie, za sprawą zdjęć satelitarnych – w imponującym tempie buduje się trzeci, tym razem już „pełnokrwisty” okręt. Trzy kolejne mają powstać do 2035 roku. Dalszych planów Pekinu nie znamy, ale nawet za te 11 lat przewaga Amerykanów w najważniejszej kategorii okrętów pozostanie miażdżąca – Stany dysponują obecnie 11 (super)lotniskowcami i w kolejnym ćwierćwieczu nic się w tym zakresie ma nie zmienić.

Chińczycy nie przyśpieszą czasu, a realia asymetrii niejako zmuszają ich do angażowania się w „zastępcze wojny” z USA. I tak właśnie postrzegają konflikt w Ukrainie. Im bardziej absorbuje on uwagę Waszyngtonu, drenuje jego środki finansowe i arsenał, tym lepiej. Z tego powodu wątpię, by próby dogadania się putina z Trumpem (jako ewentualnym prezydentem) zyskały akceptację Pekinu. Oczywiście, wszystko ma swoją cenę, a polityka potrafi zaskakiwać, ale warto mieć z tyłu głowy także ten pesymistyczny scenariusz. Że Chińczycy będą grać na przeciągnięcie wschodnioeuropejskiego konfliktu. Ba, że będą szukać kolejnych pól „zastępczych konfrontacji” ze Stanami Zjednoczonymi, by powoli, ale konsekwentnie spuszczać parę z amerykańskiego kotła.

A Chiny potrafią w długotrwałość i konsekwencję – jako zorganizowane państwo istnieją od ponad dwóch tysięcy lat…

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam w istotnej mierze powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – jakiś czas temu obiecałem, że pojawi się sposobność zakupu „Międzyrzecza”, w wersji z autografem i pozdrowieniami. No i proszę – powieść jest już w ofercie na moim koncie na Patronite. To nie jest nowa pozycja – wydałem ją w 2019 roku – ale trzy lata później mnóstwo zawartych w niej treści okazało się proroczych. Jeśli napiszę, że wiedziałem, że armia rosyjska to papierowy kolos, to skłamię. Ale jeśli przyznam, że domyślałem się rosyjskich słabości i dałem temu wyraz w książce – będzie to najprawdziwsza prawda.

No więc zachęcam do zakupu! Powieść znajdziecie pod tym linkiem. Cały czas w sprzedaży znajduje się też moja najnowsza książka pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, dostępna tu.

Nz. ilustracyjnym szkoła w jednej z miejscowości w obwodzie charkowskim. W zrujnowanym przez rosjan budynku, na ocalałej tablicy, ktoś napisał: „Zło musi zostać ukarane”. Musi – i oby było…/fot. własne

Ten tekst opublikowałem pierwotnie w portalu Interia.pl

Dach

Gdy zajeżdżamy do Cyrkunów, Ihor, szef lokalnej administracji wojskowej, zabiera nas na północne obrzeża wsi. Chce, byśmy zobaczyli efekty „pracy” rosyjskiej artylerii sprzed kilku dni. Wiem, czego się spodziewać, ale mimo wszystko wypalony budynek wprawia mnie w przygnębienie. Dobrze, że rakieta typu Grad nikogo nie zabiła – gdy przyleciała, gospodarzy akurat nie było w domu. Ale na posesji obok kręcili się sąsiedzi i ci już tyle szczęścia nie mieli – ośmiu poranionym osobom ratownicy musieli udzielić pomocy medycznej.

– I tak tu żyjemy – kwituje pozbawiony domu gospodarz. – Od tragedii do tragedii – dodaje, co w jego przypadku oznacza wyjątkowo dramatyczny ciąg wydarzeń, jakby samej wojny było mało. Nim ta wybuchła, mężczyzna stracił syna, potem koronawirus zabił mu żonę. Teraz rosjanie pozbawili go dachu nad głową, przy okazji odbierając schronienie współlokatorkom – 93-letniej matce i 70-letniej siostrze. Cała trójka mieszka w budyneczku gospodarczym, w jednym, niewielkim pomieszczeniu, które służy za kuchnię, sypialnię i spiżarnię.

Za domy i mieszkania, które w wyniku działań wojennych nie nadają się do remontu, Ukraińcy otrzymują odszkodowania. Technicznie rzecz ujmując, przyznawany jest im certyfikat, który upoważnia do zakupu lokalu w innym miejscu (coś jak bon, który swego czasu dawał Polakom sposobność nabycia dowolnej usługi turystycznej o zdefiniowanej wartości). Urzędy mają obowiązek działać niezwłocznie, problem w tym, że wiele nieruchomości – zwłaszcza na ukraińskiej wsi – ma nieunormowany status prawny. Ktoś coś kiedyś kupił, od rodziny, więc po co na to „papier”, transakcję przypieczętowano alkoholem i żyło się dalej jak na swoim. Tyle że w przypadku zniszczenia domu własność trzeba udowodnić, bez tego nici z certyfikatu.

– Macie wszystkie niezbędne dokumenty? – pytam poszkodowanego 58-latka. Ten macha tylko ręką, zrezygnowany i zirytowany…

—–

W przypadku Ołeny sprawy mają się nieco lepiej – bo rodzinna chałupa nadal stoi. W marcu 2023 roku na dach posypały się odłamki rakiet, ale uszkodzenia udało się usunąć. Remontem zajęli się wolontariusze, a prace sfinansowało Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM). Niestety, nim do tego doszło deszcz wyrządził dodatkowe szkody – i choć z połatanym dachem, budynek jeszcze nie nadaje się do zamieszkania.

– Trzeba wymienić sufit i podłogi – 64-letnia wdowa jak na razie korzysta z uprzejmości sąsiadów, którzy znaleźli dla niej niewielki pokój. – Ale bez pośpiechu – kobieta uśmiecha się serdecznie. – Najważniejszy był dach, najważniejsze, że nie cieknie. Reszta nie ucieknie, damy sobie radę.

„My”, czyli Ołena i jej syn, 40-latek dopiero co zwolniony z wojska. Mężczyzna na tę chwilę niewiele przy domu zrobi – leży w szpitalu w Charkowie, gdzie przechodzi rehabilitację. Kilka tygodni temu raniono go pod Kupiańskiem, stracił oko, ma też problemy z kręgosłupem.

– Zaciągnął się na ochotnika, zaraz po wyzwoleniu Cyrkunów – Ołena wspomina zdarzenia z wiosny 2022 roku. – Ranili go latem dwudziestego drugiego, ale szybko wrócił na front. Teraz wróci do domu – na twarzy kobiety rysuje się delikatny uśmiech. Znam ten grymas matek (i żon), mimo dramatycznych okoliczności zadowolonych, że najbliższy nie będzie już się narażał, że choć okaleczony, to jednak żywy wróci do swoich.

W tym przypadku powrót syna będzie też wiązał się z finansowym wsparciem – poturbowani żołnierze otrzymują odszkodowania i renty. Ołena ma ledwie trzy tysiące hrywien emerytury (to nasze 300 zł; typowe świadczenie w Ukrainie), sama wydatkom remontowym by nie podołała.

Tyle wygrać z tego całego cierpienia…

Remonty uszkodzonych budynków mieszkalnych to działania, które PCPM realizuje w Ukrainie od zeszłego roku. Więcej opowiadam o tym w tekście, dostępnym pod tym linkiem.

*          *          *

A teraz małe ogłoszenie. Jakiś czas temu obiecałem, że pojawi się sposobność zakupu „Międzyrzecza”, w wersji z autografem i pozdrowieniami. I oto jest – powieść pojawiła się w ofercie na moim koncie na Patronite (znajdziecie ją pod tym linkiem). To nie jest nowa książka – wydałem ją w 2019 roku – ale trzy lata później mnóstwo zawartych w niej treści okazało się proroczych. Jeśli napiszę, że wiedziałem, że armia rosyjska to kolos na glinianych nogach, to skłamię. Ale jeśli przyznam, że domyślałem się rosyjskich słabości i dałem temu wyraz w książce – będzie to najprawdziwsza prawda.

Wielu moich Czytelników zna już „Międzyrzecze”, tym, którzy nie czytali, podrzucam notkę wydawniczą:

„Wojny miało nie być. Rosja boryka się z poważnymi problemami, a Polski strzegą sojusze i silna armia. Znamy te argumenty, prawda? A jednak konflikt wybucha. Pancerne zagony wroga przelewają się przez granicę niepowstrzymaną, zdawać by się mogło, falą. NATO nie śpieszy się ze zbrojną interwencją – musi nam wystarczyć wysłany wcześniej sprzęt i szczupły amerykański kontyngent. Czy dodatkowe bataliony Leopardów, kolejne F-16 i pokaźna liczba baterii Patriot pozwolą wygrać tę wojnę? Przetrwać starcie z gigantem? Naczelne dowództwo Wojska Polskiego decyduje się na wdrożenie kontrowersyjnego planu Międzyrzecze…”

Zachęceni? To polecam uwadze wspomniany link.

Polecam również przyciski „wsparciowe” – ten miesiąc okazał się wyjątkowo trudny jeśli idzie o zbieranie środków na dalszą działalność mojego „ukraińskiego raportu”. Ale zostało jeszcze kilkadziesiąt godzin lipca, może uda się ten trend odwrócić? Będę zobowiązany!

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Moja rozmówczyni z pierwszej części wpisu/fot. własne